sobota, 8 czerwca 2013

Góry Sowie - Góra Wszystkich Świętych

Po poznaniu okolicy Świętej Anny wyruszyliśmy w kierunku Kościelca.


Po drodze spotkałam wspaniałego tancerza, który zatańczył tylko dla mnie.


Zbliżaliśmy się do Kościelca



Przed nami kamieniołom piaskowca czerwonego.


 



      Pod tą nazwą znany jest permski zwięzły piaskowiec budowlany,

występujący w depresji śród sudeckiej. Około
270 milionów lat temu w kilku cyklach sedymentacyjnych
osadzały się serie utworów ilastych, piaszczystych
i zlepieńcowatych. Należą one do piętra czerwonego spągowca
Piaskowce noworudzkie mają barwę od jasnoczerwonej do
intensywnie czerwonej.Ze względu na walory dekoracyjne, trwałość barwy i dobre
właściwości technologiczne czerwone piaskowce śląskie stosowano
w budownictwie powszechnym i sakralnym (filary, cokoły,
okładziny, obramowania okienne i drzwiowe, mury oporowe).
Budowano z nich także mosty, wiadukty, filary, tunele, wieże
widokowe. Na okolicznych cmentarzach zachowały się niektóre
nagrobki z miejscowego piaskowca.

Jako ciekawostka  zastosowania noworudzkiego piaskowca  są
Filary Mostu Zwierzynieckiego we Wrocławiu.

 

Po obejrzeniu kamieniołomu stwierdziliśmy, że mamy czerwone buty i nogawki spodni po same kolana. Wyglądaliśmy dość komicznie.  Następnie zaczęliśmy wspinać się na szczyt Kościelca 582m.n.p.m.
Kierujemy się w kierunku wieży widokowej



Wieża widokowa powstała na Górze Wszystkich Świętych poprzez starania się założonej 8 sierpnia 1888 słupieckiej sekcji GGV. W 1889 wybudowano mini wieżę o wysokości 2,8 m. Góra Wszystkich Świętych była dużą atrakcją turystyczną, więc jakieś 20 lat później sekcja GGV zaproponowała wybudowanie nowej wyższej wieży i 12 czerwca 1913 położono pod jej budowę kamień węgielny a niedługo potem oddano do użytku zwieńczoną galeryjką widokową kilkunastometrową wieżę. Na materiał do budowy posłużył tutejszy czerwony piaskowiec.
 Wieży nadano imię feldmarszałka H. von Moltkego. W latach osiemdziesiątych wieża zaczęła popadać w ruinę. Zawalił się balkonik w połowie jej wysokości oraz schody. Na szczęście odrestaurowano ją, naprawiono schody i dach choć balkoniku dalej nie ma. Wieżę widokową na Górze Wszystkich Św. wyraźnie widać od strony północno-wschodniej części Słupca..

Obok wieży znajdowało się schronisko z gospodą. Było w czasach niemieckich miejscem często odwiedzanym odbywały się imprezy sportowo- piknikowe, obecnie jest to dziki rejon zachowała się tylko wieża z której można podziwiać piękne krajobrazy.
Tak to wyglądało w okresie swojej świetności.












Po męczącej wspinaczce skierowaliśmy się do pobliskiego Sanktuarium na Górze Wszystkich Świętych.



Góra Wszystkich Świętych to najwyższe wzniesienie Nowej Rudy: 648 m n.p.m. Pobliski Kościelec to: 582 m np.m. Góra W. Św. podobnie jak sąsiednia Góra Św. Anny, od dawna przyciągała turystów swoimi walorami widokowymi. Zbudowana jest z czerwonego spągowca i łupków. Bardzo charakterystyczne są ciosowe piaskowce o silnym czerwonawym zabarwieniu. W 1680 r. na sąsiednim Kościelcu wzniesiono barokową kaplicę pielgrzymkową.

<<<HISTORIA>>
Sanktuarium poświęcone jest Matce Boskiej Bolesnej. Początki kultu na Górze Wszystkich Świętych sięgają 1860 r., z którego pochodzi wzmianka o drewnianym krzyżu postawionym tu przez bernardynów, stanowiący cel licznych pielgrzymek. Również w 1860 r. mieszkańcy Słupca podjęli decyzję o budowie kościoła. Miał to być akt dziękczynny za ocalenie od zaraz jaka szalała w tym czasie po ziemi Kłodzkiej. W lipcu tego samego roku praski biskup nadesłał oficjalną zgodę na budowę świątyni, a w listopadzie została ona wyświęcona ku czci Chrystusowego Świętego Krzyża, Jego Najświętszej Bolesnej Matki Maryi Dziewicy i Jej gorzkim łzom oraz innym świętym chroniącym przed zarazami.
W XVIII w. w pustelni nieopodal świątyni zamieszkali pierwsi pustelnicy. Najbardziej znanym był członek zakonu Minorystów św. Franciszka Onufry Roter żyjący w latach 1687-1761. W 1752 r. powstała druga pustelnia, a pół w. później kolejna. Od 1885 do 1930 r. przebywał w pustelni Anton Hertelt znany jako brat Felix. Przypomina o tym tablica pamiątkowa wmurowana w fasadę sanktuarium.
Od 1847 r. pielgrzymi mają jeszcze jeden powód do odwiedzin w sanktuarium, ponieważ wtedy znalazły się tu relikwie Pacyfikusa i Cancydy – pierwszych chrześcijańskich męczenników z okresu rzymskiego.
Na początku XX w. ruch liczba pielgrzymów odwiedzających świątynię znacznie wzrosła. Kult Matki Bożej Bolesnej zaczął nabierać na znaczeniu. Wówczas postanowiono wybudować schronisko Luckasbaude oraz wieżę widokową Moltketurm. Niestety czasy powojenne to znaczne osłabienie kultu na Górze Wszystkich Świętych. Sanktuarium popadło w ruinę i zapomnienie. Dopiero w latach 90. XX w. Odbudowano je, aby w 1996 r. ponownie konsekrować. Wtedy też w ołtarz główny wmurowano relikwie św. Męczenników rzymskich. Od 2002 r. miejsce to nosi tytuł Sanktuarium Ziemi Noworudzkiej.







Po modlitwie i podziękowaniu Bogu i powierzeniu się  Opiece Najwyższego w dalszej naszej wyprawie wokół Gór Sowich.
Wyruszyliśmy przy zachodzącym słońcu w kierunku naszego schroniska







Jutro ruszamy poznawać Nową Rudę. 



piątek, 7 czerwca 2013

Góry Sowie - Twierdza Srebna Góra.


 Nasza wyprawa rozpoczęła się z Wrocławia dojechaliśmy stopem do Srebrnej Góry. 
Czekał już na nas samochodem właściciel domu, w którym mieliśmy nocować. Był to młody przewodnik, który oprowadzał zainteresowanych po fordach Srebrnej Góry. Nazywano go ,,Bajanek"  















Ten dom w którym nocowaliśmy zakupił ojciec ,,Bajanka" dlaczego tak go nazywają ? - bo nie umiał wymówić gdy był malcem słowa Baranek. Obecnie jest to miejsce gościnne i przyjazne zwykłym turystom. Kryje mroczną tajemnicę w tym domu dokonano po wojnie mordu na właścicielu. Szabrownicy szukali skarbów. 







 
 Następnego dnia ruszyliśmy poznać pobliską Twierdzę.







Zespół forteczny w Srebrnej Górze jest wybitnym przykładem osiemnastowiecznej warowni górskiej przełęczowej z śródszańcem w postaci tzw. „Donżonu” i charakterystycznym fortem rogowym. Twierdza Srebrnogórska została wzniesiona zgodnie z założeniami staropruskiej szkoły fortyfikacyjnej z wykorzystaniem rozwiązań niderlandzkich, włoskich, a przede wszystkim francuskich z kręgu Vauban’a. Największą jej wartością jest oryginalność i jednorodny charakter budowli obronnej pod zględem typu rozwiązań technicznych. Forteca stanowi zwarty i wciąż zintegrowany zespół, który bez większych zmian i modernizacji przetrwał do naszych czasów, co jest wyjątkiem i rzadkim przypadkiem nie tylko w skali Polski, ale nawet w skali europejskiej. Fortyfikacja została wzniesiona w Sudetach Środkowych, które stanowią naturalną granicę pomiędzy Kotliną Kłodzką i Niziną Śląską, przy tzw. sudeckim uskoku brzeżnym. Był to ważny ze względów strategicznych rejon. Przy wznoszeniu fortyfikacji wykorzystano naturalne warunki przyrodniczo-krajobrazowe terenu górzystego sprzyjające budowie tego typu umocnień.

Twierdza Srebrnogórska powstała z rozkazu króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego w latach 1765 – 1777. Autorem projektu warowni był Ludwig Wilhelm Regeler, z którym współpracowali inni inżynierowie wojskowi między innymi Foris, Gontzenbach, Hartmann, Lahr, Strauss oraz Watig.


















Ze względu na swój charakter, posadowienie na skalistym podłożu, Twierdza Srebrnogórska była porównywana do umocnień Gibraltaru i zyskała nawet miano „śląskiego Gibraltaru”. Rozpiętość całego kompleksu wynosiła prawie 3 km. We wnętrzu twierdzy mogło przebywać około 4000 żołnierzy w 350 pomieszczeniach. W magazynach fortecznych przewidziano miejsce na olbrzymie zapasy amunicji, żywności i opału, które miały pozwolić żołnierzom na przetrwanie nawet rocznego oblężenia. W obrębie fortyfikacji wydrążono 9 studni, z których najgłębsza, 84 metrowa usytuowana była na terenie Fortu Ostróg. Twierdzę uzbrojono rok po zakończeniu prac budowlanych w 1778 r. Do obrony warowni służyć miało 264 dział, haubic i moździerzy





Dojście do ,,Donżonu" wiedzie serpentyną, można podziwiać ładne krajobrazy. Główny trzon twierdzy znajduje się na stoku gór sowich zaś forty południowe na stoku gór bardzkich. W kotlinie znajduje się Srebrna Góra.




























Przewodnik przebrany w pruskiego żołnierza z okresu istnienia twierdzy opowiedział nam historię tej budowli. Potem sami zaczęliśmy oglądać wnętrze ,,Donżonu". Przed wojną znajdowała się turystyczna gospoda.
Obecnie wokół istnieją zniszczenia wojenne, które stopniowo odbudowywano do wyglądu pierwotnego. 















  



Musiałam zrobić sobie fotkę na dziale 
przeciwlotniczym kalibru 37 mm.
 Postanowiłam mieć bojową pamiątkę.














 A mój Nene zrobił sobie pokojową fotkę z kotkiem-






 Dalszą część zwiedzania odbyliśmy w podziemnych kazamatach. Przewodnik postanowił wypalić z pistoletu. Zrobiło się dużo huku i dymu. 







Po zwiedzeniu, żegnamy  Srebrną Górę.



Ruszamy do Nowej Rudy 
Nocleg w poniemieckim schronisku na górze Św. Anny.




Nasz pokój znajdował się na poddaszu mieliśmy ładne widoki. Wnętrze schroniska miało wystrój antyczny.
Po posiłku poszliśmy poznać okolice.




Kolejnym celem wyprawy będzie:  


Góra Wszystkich Świętych z Kościelcem

 Opiszemy tą wyprawę  w drugiej  części Wokół Gór Sowich. 



wtorek, 4 czerwca 2013

Wilki pod Iławą.


Dawno temu, gdy ziemie pogańskich Prusów porastały dzikie nie przebyte puszcze, na podbitych ziemiach Pomezanów, komtur krzyżacki Dzierzgonia, w miejscu grodu zakłada osadę rybacką, zwaną - "Ylow",  która później przekształciła się w miasto, dzisiaj zwane jako Iława. Na zachód od zakonnego miasta, w dzikim borze pełnym zwierzyny, za Czerwoną  Karczmą, kopano specjale wilcze doły, miejsce to później zwano ''Wolfkaulen''.

Wykopywano niezbyt głębokie doły owalne, o średnicy 4 - 5 metrów, pośrodku umieszczano przynętę. Występuje tam jeszcze kilka takich wilczych dołów.  W całej Europie takie historyczne pułapki na zwierzynę uznane są za dziedzictwo kulturowe i obejmuje się je ochroną prawną.




 Zamieściłem zdjęcie wykonane przez regionalistę Tomasza Sowińskiego z naszej wyprawy do Tardzkich Lasów. Jest to jedno z wielu takich zachowanych miejsc na terenie dawnych Prus Wschodnich.

Po obejrzeniu wilczych dołów, ulicą Leśną skierowaliśmy się nad jezioro Silm. Tam koło grodziska Pomezanów "Kesselberg" znajduje się siedziba tym razem
"Wilków Morskich": 


 Badawczo - Szkoleniowy 
Ośrodek Manewrowania Statkami.

Po otrzymaniu zgody,  mogliśmy  poznać ośrodek. Byliśmy pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyliśmy. Było to jedno z zaplanowanych miejsc do zwiedzenia w naszej wyprawie krajoznawczej po Mazurach, Powiślu oraz Pomorzu Gdańskim. Było nas troje: kierowca i właściciel auta Darek, Elvi i ja - Zenek. 




Ośrodek pod Iławą jest jednym z niewielu takich w świecie, przekazujących wiedzę z wykorzystaniem miniatur prawdziwych jednostek. Od 1980 roku przeszkolono tu ok. 3500 kapitanów i 40 pilotów z 28 krajów. Podobne istnieją w Port Revel k. Grenoble we Francji, w Warsash k. Southamplon w Anglii, w Port Ash w Australii oraz w stanie Massachusetts w USA, w dawnym ośrodku US Navy. Kapitanowie z całego świata uczą się przeprowadzać statki przez śluzy, kanały i wpływać do portów. W tym celu stworzono na jeziorze makiety portów o różnych głębokościach, śluzy, doki, tory krzywoliniowe, kanał, rzekę z regulowaną prędkością prądu, płytkowodzia, przejście pod mostem, kotwicowisko i wiele innych obiektów symulujących prawdziwą rzeczywistość. 


Nad jeziorem Silm, zauważyć można pływające niewielkie statki o niezwykłych nazwach: "Cherry Lady", "Dorchester Lady", "Blue Lady". Mają swe odpowiedniki w rzeczywistości; są wiernymi kopiami dużych jednostek, wykonanymi w znacznym zmniejszeniu (m.in. w skali 1:24). Moce silników (elektrycznych) też dopasowano do modeli. Warunki manewrów na jeziorze muszą bowiem jak najmniej różnić się od tych, z jakimi kapitanowie będą mieli do czynienia w rzeczywistości.

Kapitanowie z całego świata uczą się w Iławie przeprowadzać tankowce przez śluzy, wpływać do portów, np. Rotterdamu, Amsterdamu i innych. W tym celu stworzono na jeziorze specjalne prądy wodne, utrudniające manewrowanie - podobnie jak przeszkadzają prądy w oceanach.

Na liście wykładowców ośrodka w Iławie znajdują się m.in. kapitanowie: Zdzisław Chuchla, Marian Dziendziel, Władysław Rymarz, Bogumił Łączynski, Andrzej Królikowski; byli dowódcy transatlantyków pasażerskich: Hieronim Majek i Krzysztof Meissner; znani kapitanowie promów: Jerzy Ananiew, Tadeusz Semsch i Mariusz Schweps; znakomici piloci portowi: Jacek Marzec i Jerzy Kaczmarek oraz wielu innych znakomitych nawigatorów.



   








Zakres szkoleń jest bardzo urozmaicony i dopasowany do życzeń armatorów. Kapitanowie z całego świata doskonalą się więc na polskim jeziorze we współpracy statków na morzu - np. podczas przeładowywania płynnych paliw z jednego tankowca na drugi, ćwiczą się w manewrowaniu podczas silnych wiatrów. Żeby program kursu dopasować do rzeczywistości, pracownicy iławskiego ośrodka poznają i badają przebieg katastrof i kolizji morskich. Wyniki tych analiz uwzględniają w układaniu programu kursów.
 



Mogliśmy zapoznać się z szkoleniowymi statkami, obserwować   manewry kapitanów wpływających do np. "kanału Panamskiego".






Po poznaniu ośrodka szkolenia Wilków Morskich, ruszyliśmy po kolejne przygody.
Czeka nas ogromny Szymbarski Zamek Biskupów Pomezańskich.
Ale o tym innym razem.
Cześć!

Tekst pisany kursywą pochodzi ze strony www.ilawashiphandling.com.pl/

sobota, 1 czerwca 2013

Krutynia - kajakiem.



Pięknego letniego dnia, po załatwieniu formalności zamówienia kajaka, wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy po kolejną przygodę.
Puszcza Piska, stacja kolejowa SPYCHOWO.
Przy moście jesteśmy umówieni. Gdy przywieziono nam kajak, wodujemy go na Strudze Spychowskiej.




Tutaj też wodowały się inne grupy kajakowe,
lecz nie było tłoczno na wodzie. Wyruszyliśmy w kierunku Krutyni.
Na wodzie byliśmy sami, mogliśmy w ciszy podziwiać piękno mazurskiej przyrody.







Wpływamy na Jezioro Zdrużno, kierujemy się w kierunku gospody Koczek, nasz pierwszy brzegowy postój. 




Zawitała do nas familia Łabędziowa, pan Łabędź przedstawił nam z dumą swoją rodzinę,  postanowił, że będzie nam towarzyszył w dalszej wyprawie. 
Kierujemy się na Jezioro Uplik.
To obszar przyrodniczego rezerwatu ,,Czaplisko". 
A więc w ciszy wypatrujemy czapli i jest......
gospodarz tego rezerwatu.

















Tutaj też robię fotkę 
Fulica atra.




i jeszcze jedno ujęcie od bakburty.




Pod drogowym mostem, mała chwila na odpoczynek
Fale zaczynają się spiętrzać, wzmaga się wietrzysko, wpływamy na Jezioro Mokre > Mucker See <
Jest to jezioro rynnowe o długości ok 7,7 km otoczone Puszczą.
Więc na tafli jeziora występują duże fale, teraz bardziej potrzeba wodniackiej  wiedzy  szturmowania przy wysokich falach.
Jesteśmy przy południowym brzegu, więc fale północne uderzają w naszą bakburtę, kierujemy się w kierunku wsi Zgon.
Zenek poszedł szukać coś ciepłego na ząb, ja zostałam przy kajaku. Fale dziko waliły we mnie i w kajak, byłam już sporo wysztormowana. Żywioł Mukrego, bez mała nie porwał naszego "Titanika". W końcu pojawił się Zenek. Na tackach piwnych niósł gorące placki ziemniaczane, co za ulga, mokra, już prawie utopiona złapałam placki, a Zenek capnął kajak i wciągnął go na dość stromy brzeg. Rozpoczęliśmy "ucztę bogów".



Po  posiłku, gdy niebo już zaczeło szarzeć wyruszyliśmy pod falę na północną stronę jeziora, szukając miejsca na nocleg.
Niewiele jest miejsc na biwakowanie, skierowaliśmy się więc na dużą wyspę. Już  na niebie widać było pierwsze gwiazdy, gdy zbliżając się do urokliwej, dużej zalesionej wyspy wyczuliśmy dym z ogniska - a więc będzie nam raźniej nocować. Dobijamy do brzegu, kajak zostawiamy i idziemy się przywitać. 

Grzecznie mówimy : "Dobry Wieczór."
A tu siedem par oczu patrzy na nas i nic. To teraz my wytrzeszczyliśmy oczy i tak wytrzeszczeni jak sowy patrzymy na siebie. No i się wyjaśniło -  to trzy pary Brytów oraz jeden singiel-  Rosjanin niemieckiego pochodzenia. No to mamy pośrodku puszczańskiej wyspy "Unijne Bractwo".
Wnieśli nam kajak i zaprosili na cosik mocnego przy ognisku, aby komarzyce nie chłeptały nam krwi z ,,prądem". 





Po gwarce  językowej, czas na spanie.



Rano mieliśmy mały sztorm, nie na rzece, ale w głowach po "ichnych" tonikach, łyskaczach i innych trunkach. 
Ruszamy w dalszą drogę - kierunek na zachodni brzeg , na polanę biwakową "Uklanka" -  dawniej był tutaj młyn nad strugą.

Wypatrzyłam szturmującego łabędzia.






To był pokaz selekcji prawa natury.
Eliminacja innego łabędzia, słabego i chorego.


Musiałam ratować biedaka.






Potem pojechaliśmy na lody do Cierzpięt.
Następnie pod mostem wpłynęliśmy na Jezioro Krutyńskie.


Przed nami przenoska na śluzie. 
















Udało się !!!










Teraz kierunek na Krutynię. Jesteśmy na Krutyńskiej Strudze.

I nasza wodniacka przygoda dobiegła końca.
Ahoj, Krutynia!





Aha, w sekrecie powiem, że wpierw do przystani przypłynęły nasze "bambetle", a my za nimi i już to nie był "Titanik" , ale łódź podwodna "Mokrobul". Wolę nie pisać co się wydarzyło, bo nikomu jeszcze przed nami nie przydarzyło się utopić kajak na tym krutyńskim szlaku. Ale nam tak.
        
                                                                   
                                                     Elvi